Recykling przestrzeni

Konsumpcjonizm, charakterystyczny dla naszych czasów objaw kapitalizmu, wpływa na jakość życia na Ziemi silniej niż religie, wojny czy zmiany klimatu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że konsumpcjonizm jest:

  • współczesną religią,
  • przyczyną wojen
  • i jednym z najważniejszych powodów zmian klimatu.

Konsumpcjonizm można w skrócie przedstawić następująco:

1. wyprodukuj → 2. kup → 3. zużyj → 4. wyrzuć

Zasada ta dotyczy tak samo puszki z oranżadą, t-shirta, energii elektrycznej, samochodów czy budynków.

Problem polega na tym, że do produkcji potrzebujemy coraz więcej surowców, które pozyskujemy z coraz bardziej niedostępnych miejsc. Niektóre z nich, jak np. miedź i aluminium nadają się w 100% do recyklingu, a ceny ich wydobycia są na tyle wysokie, że ich odzysk zwyczajnie się opłaca. Co innego woreczki foliowe, których produkcja jest śmiesznie tania a recykling – niewydajny. Miliony woreczków latają po ulicach, zaczepiają się o gałęzie drzew, wpadają do rzek. Podobno na oceanach istnieją gigantyczne „wyspy” zbudowane z plastikowych śmieci. Rozdrobniony plastik zjadany jest przez ryby i inne morskie zwierzęta i w takiej „obrobionej” formie często trafia na stoły restauracji. Podobno istnieją już bakterie, które nauczyły się rozkładać plastik. Materiał sztucznie stworzony przez człowieka kilkadziesiąt lat temu stał się tak powszechny, że stał się jednym z elementów łańcucha pokarmowego. Mniej istotne jest to czy taka sytuacja nam szkodzi czy nie, prawdopodobnie potrzeba dłuższej perspektywy czasowej, żeby to ocenić. Martwi mnie jednak fakt, że jako ludzkość nie mamy nad tym żadnej kontroli, chociaż sami do tego doprowadziliśmy. Straciliśmy panowanie nad procesem, który sami zainicjowaliśmy, tylko dlatego, że „nam się to nie opłaca”.

Śmieci, samochody, budynki – porzucamy je, bo ich recykling nam się nie opłaca. Pytanie – komu się opłaca zaśmiecanie świata i utrzymywanie pustostanów?

Kupujemy coraz więcej rzeczy, których nie potrzebujemy. Przedmioty te podlegają „zmianom mody”. Często zupełnie dobre i sprawne urządzenia, ubrania czy pojazdy wymieniamy na nowe, bo zwyczajnie nam się znudziły, bo nie pasują do nowych mebli lub wyszły z mody. Mody zmieniają się coraz szybciej więc i wszystko co produkujemy jest coraz mniej trwałe (dzięki temu firmy mogą produkować więcej, wymuszając nowe zakupy). Zużyte – wyrzucamy. I dopiero niedawno zaczęliśmy mówić o konieczności recyklingu.

Jak wspomniałem, ten linearny cykl dotyczy również naszych domów i mieszkań.

Porzucamy budynki i mieszkania z poprzednich epok, bo chcemy mieszkać w nowych. Świadczy o tym choćby ilość pustostanów w miastach. W moich rodzinnych Katowicach fundacja Napraw Sobie Miasto realizowała parę lat temu projekt dotyczący pustych lokali. Początkowo urzędy nawet nie potrafiły nam powiedzieć ile ich jest. Dostaliśmy nawet odpowiedź, że „w Katowicach nie ma pustostanów. Są tylko lokale czekające na procedurę przetargową.” Pusty lokal czy budynek to nie tylko „brak zysku”. To przede wszystkim koszty: ogrzewania zimą, by ściany nie przemarzły; obsługa i bieżące remonty, pilnowanie, by nikt niepożądany się tam nie wprowadził, ochrona przed dewastacją.

Według protokołu nr 10/2016 z posiedzenia Komisji Infrastruktury i Środowiska miasta Katowice: Ogółem zadłużenie KZGM (Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej) na przestrzeni lat 2013- 2016 w podziale na lokale mieszkalne i użytkowe wyniosło, bez odsetek, stan na październik 2016: 133 959 617,02 zł; z odsetkami : 238 047 752,88 zł. Jak podaje portal katowice24.info Z danych przygotowanych przez KZGM dla radnych (wniosek złożyła konkretnie Małgorzata Smoleń) wynika, że na koniec 2014 roku w Katowicach było 1050 pustych lokali administrowanych przez miasto. Ich utrzymanie kosztowało 3,7 mln zł.”

Jak to możliwe, że instytucja odpowiedzialna za gospodarkę lokalową, zadłużona na ponad 230 milionów złotych, co roku przeznacza prawie 4 miliony złotych na utrzymywanie pustostanów? Trzeba podkreślić, że KZGM jest instytucją samorządową, a nie prywatną. Praca wszystkich urzędników tam zatrudnionych, ich komputery i drukarki, biura a nawet papier toaletowy w ich toaletach kupowany jest za pieniądze pochodzące z podatków. Jednocześnie w mieście kolejne tereny przeznaczane są pod zabudowę komercyjną – głównie deweloperską. O tym, że deweloperzy nie mają na celu budować tylko zarabiać pisałem ostatnio (Marzenia liczone w metrach kwadratowych). Można więc przypuszczać, że dla zwykłego obywatela nie jest to najtańsza alternatywa wobec lokali miejskich. A jednak miasto ochoczo wpycha nas w ramiona deweloperów i życie na kredycie. Jak?

Prowadząc złą politykę lokalową, nie podnosząc standardu lokali, nie wspierając remontów kamienic. Ale generalnie – wobec stałego spadku ilości mieszkańców – pozwalając na zabudowę kolejnych, coraz bardziej odległych terenów. I nie chodzi tylko o ustalanie Warunków Zabudowy i Planów Miejscowych, które pozwalają na to prywatnym inwestorom (choć oczywiście jest to szkodliwe). W ramach rządowego programu „mieszkanie +” w Katowicach ma powstać przecież największe osiedle tego typu w Polsce. Mieszkania te nie powstaną w starych blokach i kamienicach ani w lukach w istniejącej zabudowie w najszybciej wyludniającym się śródmieściu, nie będzie to też rewitalizacja terenów poprzemysłowych. Mieszkania te powstaną w szczerym polu otoczonym lasem z „dobrym dojazdem”. Transportem prywatnym a nie publicznym oczywiście.

Źródło: Artykuł „Mieszkanie Plus Katowice: 500 mieszkań powstanie na Mrówczej Górce”, Dziennik Zachodni. fot. Olga Krzyżyk, Konior Studio. Inwestycja w lesie dotowana z budżetu państwa pociągnie za sobą budowę dróg dojazdowych, sieci wodno-kanalizacyjnej, energetycznej, gazowej, oświetlenia (na koszt miasta). Komunikacja publiczna: autobus, któremu przejazd do centrum miasta (7km) zajmuje od 40 minut do godziny. W sąsiedztwie znajduje się zamknięta w tym roku kopalnia Wieczorek, na której rewitalizację miasto jednak jeszcze nie ma pomysłu. Jednym słowem państwo we współpracy z samorządem na nasz koszt zbuduje bardzo drogie w utrzymaniu TBSy czyli „doskonale zaprojektowane i skomunikowane z centrum mieszkania czynszowe, dostępne także dla słabiej uposażonych rodzin” – Bartłomiej Pawlak, zarząd BGK Nieruchomości

Mogę się spodziewać, że problem dotyczy niemal wszystkich miast w Polsce. A to dlatego, że ciągle powstają nowe osiedla a mieszkańców Polski wcale nie przybywa. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że skoro dzisiaj nie rodzą się dzieci, to za 20 lat nikt w tych mieszkaniach nie zamieszka.

A więc budujemy, kupujemy, zużywamy… Wyburzamy?

No właśnie. Nie do końca. Wyburzamy dużo mniej niż budujemy. Budynku nie da się tak łatwo „wyrzucić do śmieci”, bo ich cechą jest trwałe związanie z gruntem i dość kosztowny recykling. Podobnie jak ze wspomnianym plastikiem – przetwórstwo domów nam się nie opłaca.

I to jest szansa. Mamy mnóstwo budynków, w których ludzie mogliby mieszkać. Wiele z nich znajduje się w bardzo atrakcyjnych rejonach miast. Problem polega na tym, że ich ceny są często niebotyczne (ze względu na atrakcyjną lokalizację) i trzeba ogromnych inwestycji, by spełniały one dzisiejsze oczekiwania. A każdy wie, że remont często jest droższy niż zakup nowego (dokładnie tak samo z naprawą parasola albo smartfona). W dodatku ciągle brakuje nam koordynacji działań. Po prostu ci, którzy potrzebują mieszkań, terenów albo lokali użytkowych nie mają bezpośredniego kontaktu z tymi, którzy chcą je sprzedać lub wynająć. I na odwrót.

Przyczyniają się do tego choćby przepisy o ochronie danych osobowych. Ale też sytuacja, że właściciel stuletniej kamienicy w śródmieściu musi konkurować z deweloperami na przedmieściach. Musi on mierzyć się z problemami konserwatorskimi, wyższymi kosztami remontów i utrzymania, brakiem miejsc parkingowych, brakiem wsparcia ze strony samorządu i często – kłopotliwym sąsiedztwem, zarządzanym, a jakże, przez KZGM. Gdyby jeszcze mógł liczyć, że inwestycja w remont mu się opłaci, że będzie mógł czerpać racjonalne zyski z wynajmu… Niestety, koszty budowy metra kwadratowego u dewelopera ciągle spadają, miasto do każdego osiedla potulnie doprowadza nowe drogi, rury i prąd a państwo realizuje programy mieszkaniowe, które jeszcze bardziej przyspieszają rozlewanie się miast. Jednym słowem wszyscy naokoło robią co mogą, by zakup starego budynku się po prostu nie opłacał.

W ramach konferencji „4 Design Days”, która odbyła się w lutym 2017 roku, mogliśmy usłyszeć z ust urzędników, przedstawicieli Banku Gospodarstwa Krajowego i deweloperów:

Każde mieszkanie dostępne na rynku w Polsce jest wartością. I to mieszkanie dostępne finansowo dla słabiej uposażonych”.

Potrzeba 3 milionów mieszkań, biorąc pod uwagę standard i jakość.”

Dla Polaka jest istotny zewnętrzny blichtr”.

W Polsce 4-osobowe rodziny mieszkają w 40-metrowych mieszkaniach”.

10% mieszkań nie posiada łazienek a 3% nawet dostępu do bieżącej wody”.

(…)

Każde z powyższych stwierdzeń pewnie kiedyś poddam polemice ale nie w tym rzecz. Generalnie wniosek płynący z ust ludzi, którzy mają ogromny wpływ na to gdzie i w czym mieszkamy, ile kosztują mieszkania i nasze kredyty, którzy tworzą nasze prawo i sterują rynkiem budowlanym, brzmi następująco:

Mieszkań jest mało, a te które mamy są w złym stanie, ludzie zasługują na coś więcej i się tego domagają – dajmy im to!

3 miliony nowych mieszkań?! Wg bardzo nieprecyzyjnych szacunków w Polsce mamy od 30 do 300 tysięcy bezdomnych. Czyli średnio trzystu-czterystu na jedno polskie miasto (w najgorszym wariancie). W samych Katowicach jest tyle pustostanów, że każdy bezdomny mógłby dostać swój lokal. Nie mówię, że mamy rozdawać mieszkania bezdomnym. Twierdzę tylko, że wcale nam tych mieszkań nie brakuje. Polacy mają gdzie mieszkać, jednak mają większe oczekiwania wobec tych mieszkań. Aspiracje. A politycy, urzędnicy, deweloperzy, firmy budowlane i… my sami – wmawiamy sobie, że budowa nowych mieszkań jest nam do przetrwania koniecznie potrzebna, że nasze aspiracje da się zrealizować i, że nas na to stać. Program „rodzina na swoim”, „mieszkanie dla młodych” a teraz „mieszkanie +” jest obietnicą, że każdy dostanie swoje „M”.

Pytanie – czemu nie wykorzystamy zasobów, które już dzisiaj mamy do dyspozycji?

Czemu te same pieniądze, które finansują działalność deweloperów i banków nie idą na modernizację starych mieszkań? Czemu nie idą na podział ogromnych mieszkań w stuletnich kamienicach? Czemu nie idą na łączenie i powiększanie mieszkań w blokach z wielkiej płyty? Czemu w pierwszej kolejności nie zabudowujemy dziur w dawnej zabudowie, lecz pozyskujemy coraz to nowe, niezabudowane tereny i tam stawiamy osiedla z dala od podstawowej infrastruktury? Czemu nie budujemy osiedli na terenach nieczynnych zakładów przemysłowych, hut czy upadłych kopalń?

Otóż dlatego, że kiedyś jak coś się zepsuło to się to naprawiało.

A dzisiaj się wyrzuca.

Bądź pierwszym komentującym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *