Marzenia liczone w metrach kwadratowych

Ostatnio wspomniałem, że decyzja o zakupie, budowie własnego mieszkania lub domu jest czymś pięknym i niebezpiecznym zarazem (do przeczytania tutaj: „Dom nad oceanem”) Ująłem to, być może, nadto metaforycznie ale tak uważam. Mam jednak poczucie, że sprawę trzeba uzasadnić ponieważ jesteście istotami myślącymi i prawdopodobnie nie uwierzycie tak po prostu w każde moje słowo.

Dobrym wstępem do tematu jest książka mojego dobrego znajomego, Filipa Springera, pod tytułem „13 pięter”.

Ukazuje on, w tytułowych 13 rozdziałach, stan polskiego mieszkalnictwa. I, jak często w jego książkach, pozbawia nas wszelkiej nadziei na poprawę sytuacji. Nie zamierzam zatem powtarzać ani podważać jego słów. Nie będę też szukać nowych argumentów potwierdzających beznadzieję w jakiej przyszło nam żyć. Przyjmijmy zatem, po prostu, że jest beznadziejnie i, że jeszcze długo się to nie zmieni. I tak to na razie zostawmy.

Postanowiłem więc zająć się czymś innym – a mianowicie przekonaniem, że:

Niedobór mieszkań na rynku jest problemem, który powinniśmy rozwiązać.

Otóż, po pierwsze nie mam pewności, że mieszkań na rynku jest za mało. Owszem –  pod tym względem przed II Wojną Światową było kiepsko. Nędza w kraju była powszechna, ludzie żyli w ziemiankach, pod wiaduktami i w przytułkach. Po wojnie nie było wiele lepiej – miasta, które jawiły się jako „ziemia obiecana”, dająca szansę na nieco godniejsze życie, często były z tą ziemią zrównane.

Kraj stanął przed gigantycznym wyzwaniem odbudowy kraju. Można powiedzieć, że wtedy Polacy zachowywali się dość racjonalnie. Warto wspomnieć o tak modnym dzisiaj recyklingu (1). Cegły z rozbiórek ruin miasta doskonale nadawały się do budowy nowych budynków. Jednocześnie urbaniści i architekci mieli niepowtarzalną okazję, by uniknąć wielu „błędów” przeszłości – można było wykorzystać sytuację i wprowadzić zieleń (2) pomiędzy budynki, rozsądnie poprowadzić drogi by ułatwić transport (3). Jednocześnie wszyscy byli świadomi, że nie każdego stać na samochód a Państwa nie stać na budowę autostrad, parkingów i dróg. O garażach wielopoziomowych chyba nikt wtedy nawet nie myślał. Ludzie chodzili piechotą, jeździli rowerami i korzystali z transportu publicznego. Nie żyłem w tych czasach ale podejrzewam, że policja nie wlepiała ludziom mandatów za „przechodzenie w miejscu niedozwolonym”. Gdyby poczytać dawne kodeksy drogowe, być może okazałoby się, że „przechodzenie” było jednym z podstawowych praw obywatela, którego po prostu nikt nie ważył się odbierać. Być może nawet, kierowca, który kogoś zabił swoim pojazdem, był traktowany jak morderca. Dzisiaj jest jakoś inaczej a śmierć na drodze stała się poniekąd naszą codziennością. Każdego dnia na polskich drogach ginie kilkanaście osób.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chciałbym nas cofnąć w czasie o 70 czy 100 lat. Cenię sobie technologię, samochody, internety i współczesną architekturę. I za nic nie chciałbym żyć w latach 20-tych albo 50-tych. Ale musimy przyznać, że w paru kwestiach nasz „rozwój” poszedł w złym kierunku. Jednym z nich, jak zdążyłem wspomnieć, jest stawianie interesu kierowcy samochodu wyżej niż interes osób poruszających się na własnych nogach. Innym – budownictwo mieszkaniowe oddane całkowicie zasadom „wolnego rynku”. Wolny rynek w tym kontekście oznacza, że banki i deweloperzy robią co uważają za odpowiednie, a Państwo im nie przeszkadza.

Oczywiście nie twierdzę, że Państwo powinno przeszkadzać bankom i deweloperom. Tak z zasady to nawet pożyteczne instytucje. Ale, dla zachowania zdrowych relacji, Państwo nie powinno im też bezgranicznie ufać. Nie dlatego, że z natury to oszuści, kłamcy i złodzieje – skądże znowu! Chodzi o to, że celem deweloperów i banków jest zarabianie pieniędzy. Mieszkania i domy powstają tutaj bardziej „przy okazji” niż jako cel sam w sobie. Jeśli wydaje się nam, że kupując mieszkanie od dewelopera „spełniamy swoje marzenia” to mamy rację – wydaje się nam. 

Tak naprawdę jesteśmy tylko częścią planu budowy i sprzedaży mieszkań. Małym trybikiem w wielkim systemie nazywanym polityką mieszkaniową. Ceny mieszkań nie wynikają z jakości budownictwa lecz z prostej relacji wielkości raty kredytu jaką jesteśmy gotowi płacić przez 20-30 lat wobec atrakcyjności lokalizacji przy spełnieniu minimalnych wymagań obowiązujących norm budowlanych.

Koszt budowy metra kwadratowego nowego mieszkania w Katowicach zwykle nie przekracza 2000 złotych. Jeśli zatem mieszkanie kosztuje 3 500 złotych za metr to pytanie kto zarabia pozostałe 1500zł? Koszt budowy luksusowego osiedla przy parku wcale nie jest wiele wyższy. A jednak ceny lepiej zlokalizowanych mieszkań z ładniejszą elewacją kosztują 2 albo 3 razy więcej. Kto zatem dostaje swoje 4, 5 albo 6 tysięcy złotych za każdy metr kwadratowy „Twojego spełnionego marzenia”?

Deweloper, bank, ubezpieczalnia, firmy reklamowe, biura sprzedaży. Oni swoje pieniądze dostaną w chwili oddania budynku do użytkowania. My będziemy na to pracowali przez połowę swojego życia.

Poza deweloperami mieszkań nie buduje w Polsce prawie nikt

A jeśli deweloperzy konkurują tylko między sobą? Przecież poza nimi mieszkań w Polsce nie buduje prawie nikt. Żyjemy w złudzeni, tak naprawdę mamy do czynienia z monopolem budownictwa komercyjnego, przy którym nie ma za wiele miejsca dla TBS-ów, kooperatyw mieszkaniowych, rewitalizacji starszych dzielnic czy na podnoszenie standardu w blokach z wielkiej płyty.

Strona internetowa oferująca mieszkania na tym osiedlu przypomina trochę portal do sprzedaży pizzy. Podstawowe mieszkanie kosztuje 5400zł za m2, takie lepsze (np. z tarasem) jest o 200zł droższe. Ponadto można sobie do niego dobrać „dodatki” w postaci garażu (27 000zł), rodzinnego miejsca postojowego w garażu (40 500zł) albo komórki lokatorskiej (1 500zł). Zamiast dodatkowego sosu czosnkowego – wykończenie VIP: 650zł za m2. Stwórz własną kompozycję, weź kredyt… Bon appetit!

Podsumowując powyższe wywody: nie mamy do czynienia z niedoborem mieszkań. A przynajmniej nie mamy i nie powinniśmy mieć co do tego pewności. A wobec tego – nie powinniśmy z taką radością przyjmować informacji, że kolejne rządy, z naszych podatków pokrywają koszty kolejnych programów mieszkaniowych, które rzekomo są wsparciem dla polskich rodzin czy młodych małżeństw. Taką pewność mają deweloperzy, banki, firmy budowlane i politycy rozkręcający gospodarkę. Problem polega na tym, że ich celem jest utrzymać władzę, monopol w budownictwie i zarabiać pieniądze.

A my chcemy tylko mieć fajny dach nad głową.

Spróbujmy zatem na następnych stronach zastanowić się jak to nasze mieszkalnictwo realizuje kilka postulatów, które, moim zdaniem, przekładają się na naszą jakość życia:

  1. Recykling czyli naprawa i odzysk istniejących zasobów mieszkaniowych.
  2. Natura – dostęp do zieleni, do natury, do zasobów naturalnych, do powietrza, do słońca.
  3. Transport – czyli podstawowe prawo mieszkańca miasta do przemieszczania się.
  4. Kultura – zachowanie własnej tożsamości, tradycji, lokalnej społeczności.

Powyższe priorytety przeciwstawiłbym następującym, które zwykliśmy stosować przy realizacji swojego „marzenia o własnych czterech kątach”:

  1. Nowe jest lepsze niż stare.
  2. Fajny widok.
  3. Dobry dojazd samochodem.
  4. Cena za metr kwadratowy.

Bądź pierwszym komentującym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *